Utwory wybrane

Utwory literackie napisane w latach 2000-2014.

 

W dużej części są to wiersze i prozy poetyckie zamknięte w świecie cyfrowej szuflady; 

nie doczekały się publikacji w wersji papierowej.  W większości nieznane nikomu, zapomniane.   

 

Ogród

 

Daleko od jabłoni, głęboko w ziemi, zakopał chłopiec swój sekret. Następnie przeszedł bramę i przewędrował las. Wróciwszy do domu usnął. Przyśnił jabłoń: drzewo zrzuca jeden ze swoich owoców, które długo toczy się, aż dociera do miejsca, gdzie zakopany został sekret. Na tym miejscu wyrasta nowa jabłoń.

 

Następnego dnia, w obawie przed proroctwem swego snu, wraca.  Przekopuje sekret w inne miejsce. Kiedy po ciężkiej pracy kładzie się spać, sen go taki nachodzi: jest wiele drzew – każde wypuszcza tylko jeden owoc. Kiedy owoce dojrzewają, spadają na ziemię i - jak po pochyłości - każdy stacza się w miejsce, gdzie przekopany został sekret. Nagromadzone owoce wyglądają jak sterta kamieni.

 

Zbudzony wraca. Odkopuje sekret, lecz nie zakopuje go ponownie. Kładzie się spać. Jego sen wygląda tak: wraca do domu. Widzi łóżko, pod którym ukrył swój sekret. Na łóżku leży kobieta, a obok niej dziecko. Podchodzi bliżej, lecz nie zagląda pod łóżko. Widzi teraz kobietę i dziecko. Widzi Jabłoń, pod którą zakopał sekret. 

Orneta, 2005 r.

Medytacja w podróży;

  (…) w dal sunie rzeką światłość.

  Wypełnione jest jej dno. Droga jest wolna. Losu lot ustalony jest.  

 

                                                                                     J. Joyce

1

 

Nikt nie zmierza w tym samym kierunku dlatego wszyscy idziemy tą samą drogą –

                    Jeśli mamy to zrozumieć potrzeba nam nadziei

Że gdzieś na końcu drogi czeka ten który nas posłał i że ku temu spotkaniu zmierza wszystko Do czego zmierzamy

Bo podróżować nie znaczy wiedzieć dokąd się idzie lecz dokąd się wraca –

 

Potrzeba nam złapać się za ręce i biec przed siebie

 

Biec w podnieceniu że gdzieś za drzewem rzeką czy górą w cieniu poznanych zakątków

Odsłoni się przed nami tajemnica i dobiegniemy do niej aby upaść w zmęczeniu i Zasnąć    

  Bo  podróżować to znaczy śnić o miłości

 

Widzisz to wszystko lecz wszystkiego nie widzisz   

 

Podróżować?

Ale co to znaczy kiedy widzisz te wszystkie upragnione miejsca –   

Miasta u podnóża góry  zachody słońca królestwa przyrody

A nie potrafisz dostrzec radości swoich przyjaciół kiedy

Razem po wielu dniach ciężkiej drogi

Wkraczacie do upragnionego miasta celu waszej podróży

Aby rozpoznać tam znajomy zapach ludzi i jedzenia    

    

Bo tyle zawsze zostaje we wspomnieniach ile zdołaliśmy tam ukryć

Radości dzielonej z innymi na widok tego szczytu tego domu tej drogi   

 

                                   2

 

Lecz widziałem rzeczy straszne

 

Jakbyś mi powiedział nie ma Boga

Poniżyliśmy się i pomrzemy w gnoju dobrani do pary ze zwierzętami  

Widziałem  jak człowiek uderza w twarz drugiego człowieka

Głodnych którym nikt nie podał ręki

I bezdomnych zaproszonych do tańca

 

Widziałem to wszystko na własne oczy lecz nie wiem co ujrzałem naprawdę

Tym są tajemnice które odkryłem  

Świat z uchylonym rąbkiem ciało obnażone do naga podniecenie gdy zobaczyłem co nastąpiło  

 

Między Bogiem

Który Jest a prawdą o której mówię  

Umiera człowiek w podeszwach nędzarza

                                                                 i nic nam do tego

To cud że wszyscy jeszcze żyjemy

Że po tylu wybrykach stoimy na nogach gotowi biec przed siebie i skakać z radości

 

Teraz wiem

 

Przetarte łzy i nadzieja ocalonych do których uśmiecha się szczęście

Lecz nie uśmiecha się człowiek są dowodem na ogólny porządek świata

I gdybym ponownie miał przejść obok tego wszystkiego co ujrzałem miałbym więcej Szacunku

 

Mówię ci więc   

 

Każdego dnia wzywany nadaremnie przybywaj bo tylko tak zrozumiesz

Drogę której nie zrozumiesz dopóki sam nie staniesz się drogą dla kogoś

Miej się w swojej podróży jak w ucieczce lecz nie oglądaj się za siebie

Musisz wiedzieć że zamkniesz oczy a twoja bezsenność jest jak pora roku     

 

To co widzisz Znaki

Za oknem gwiazdy spadają z nieba

 

Ale to niebo odrywa się od gwiazd

Orneta, 2007 r.

Chłopiec i gwiazda

 

Daleko na horyzoncie widział chłopiec upadanie swojej gwiazdy. 
- Zerwała się tak nagle – pożalił się.

Chłopiec nie wiedział, że gwiazda upadła do morza i jej delikatna sierść doszczętnie przemokła. Bezpowrotnie. 
                                                    Powoli opadała na dno. 
- Żeby jeszcze spojrzeć w niebo – mruczała zaszlochana. – Nie mogę podnieść spojrzenia… gdzie ty jesteś? 
Niebo schowało się za chmurami morskiej toni. Nic już nie widziała. Czekała jedynie na uderzenie o morskie dno. Opadła delikatnie w wodorosty.  
– Gdzie ty? - mruczała zaszlochana.
 
- Już biegnę. Poczekaj – krzyczał chłopiec. - Słyszę. Już biegnę. Nie gaśnij.
 
 Ale do morza było bardzo daleko. Chłopiec przebiegł kawałek drogi i padł ze zmęczenia w  trawę zapłakany. Gdy odwrócił się na plecy zobaczył nad sobą gwiaździste niebo. 

…moja Gwiazda… Gwiazda…. Gwiazda…Gwiazda - począł mechanicznie powtarzać.  

Chłopiec przestał być chłopcem.  Zaciął się i w końcu zepsuł. 
Zabrakło elementu. 

Gwiazdy.  

Orneta, 2008 r.

Zagubiony Dżokej - fragment
Droga i poznanie‭ 

 

Prolog

 

Na krawędziach sześcianów,‭ ‬z którego zbudowany jest wszechświat,‭ ‬tworzy się pęknięcie‭; ‬napina się i‭ ‬drży‭ ‬struna rozpięta między‭ ‬bryłami‭ ‬dwóch‭ ‬wymiarów.‭ ‬Jeden jej koniec dotyka‭ ‬opuszków palców prawej dłoni mężczyzny,‭ ‬którego‭ ‬ciało wydobywa się teraz z pęknięcia owej osobliwości,‭ ‬drugi zaś koniec uczepiony jest jądra‭ ‬pędzącej asteroidy.‭ ‬Droga jaką pokona mężczyzna,‭ ‬od chwili przemknięcia przez osobliwość do‭ ‬chwili,‭ ‬która‭ ‬stanie się jego ostatecznym‭ ‬losem,‭  ‬nazwiemy‭  ‬Drogą Zagubionego Dżokeja.‭ 

 

Planeta

 

Niebo poszyte cieniem sąsiednich planet,‭ ‬martwych księżyców i‭ ‬zorzy utkanej z pokruszenia‭ ‬białych‭ ‬gwiazd.‭ ‬Podłużny, płonący ogon rozpędzonego ciała przecina mgliste szare powietrze.‭ ‬Pierwszy zarys skalistej ziemi,‭ ‬pierwszy kontur‭  ‬rozgrzanych‭ ‬kraterów.‭ ‬Poruszenie wody morskiej.‭ ‬Przypływ tłoczonego powietrza z wnętrza‭ ‬ożywionej ziemi i wzniosłe podniesienie kielichów‭ ‬flory.‭ ‬Wylewa się pierwszy fundament kształtu,‭ ‬skrapla pierwszy kolor.‭ ‬Krzywizny zaczynają pęcznieć i falować.‭ ‬Zasycha i twardnieje pierwsza‭ ‬strzelista wieża,‭ ‬ścieżka,‭ ‬drzewo i zwierzę.‭ ‬Pod okiem‭ ‬Śpiącej Mieszkanki‭ ‬rozkwita‭ ‬Ogród Pobytu.‭ ‬ Nie po raz pierwszy w dziejach tej planety ma miejsce ten cudowny spektakl kreacji i ożywania.‭ 

   U wrót Ogrodu powstaje pierwsze‭ ‬Zwierzę.‭ ‬Jego kontury wydrążone jakby‭  ‬w skałach‭  ‬z powietrza wypełniają teraz ciemne płyny.‭ ‬Towarzyszą temu silne skoki energii i zapach palonego tworzywa.‭ ‬Na spiralach potężnych błyskawic przepalają się niebyt i nicość.‭ ‬Pod naciskiem masywu rozpalonej materii powstają kolejne przęsła kształtów i brył.‭ ‬W napowietrznych kanałach tłoczą się coraz ciemniejsze substancje,‭ ‬wypełniając do końca mroczne pajęczyny drzew i ścieżek.‭ ‬W odległej części ogrodu ponad wysokość drzew wyrasta kopuła‭ ‬Domu Zamieszkania,‭ ‬a zaraz przy niej ukazuje się fantasmagoria drugiego‭ ‬Zwierzęcia wraz z podlegającym mu drzewem.‭   

 

W centralnym punkcie na rozłożystej skale spoczywa ciało‭ ‬Śpiącej Mieszkanki,‭ ‬przez które,‭ ‬od czasu poczęcia nowego ogrodu,‭ ‬regularnie przechodzi fala intymnych dreszczy.‭ ‬Zanim jej substancje dojrzeją i roztwór jej ciała nabierze odpowiedniej gibkości,‭ ‬suknia utkana ze zwiędłości dawnego ogrodu zdąży oblec jej nagość.‭ 

Stygnie i paruje ukończony świat.‭ 

 

Zdarzenie

 

Słupy chmur,‭ ‬mrok powietrza i mgła.‭ ‬W ogniu rozpalonej ziemi nieprzeniknione‭ ‬ścieranie cząstek obcych sobie światów.‭ ‬Mężczyzna zatopiony w skale rozcina ciało Ogrodu.‭ ‬Wstrząsa się podstawa‭ ‬jego natury.‭ ‬Z pomiędzy ran poszarpanej ziemi wycieka gęste pole ognistego światła i zaraz znika oblane chłodem rozpędzonego powietrza.‭ ‬Uderzenie o ziemię i rozpasanie zniszczeń wzmacniają rozbudzenie‭ ‬Mieszkanki,‭ ‬która teraz wybita z głębokiego snu nadchodzi skrajem urwiska.‭ 

Jej oblicze jest surowe od wielkiej straty.

Mężczyzna opuszcza ciało roztrzaskanej skały.‭ ‬Ponure jest‭ ‬Zwierzę gotowe bronić rozlanej ścieżki,‭ ‬której kształty i krawędzie spieniły się po wielkim uderzeniu.‭ ‬Mieszkanka unosi upadłą latarnię obcego ciała mężczyzny i na ramionach z napowietrznych rydwanów prowadzi‭  ‬ku‭ ‬Świątyni Zamieszkania.‭ ‬

    Potężna wydaje się otchłań drogi,‭ ‬jaką razem pokonują:‭ ‬Ona jak czyste zwierciadło piękna na zawsze odwrócone od świata‭ ‬,‭ On jak anioł porażony śmiercią.‭ ‬W ich ustach przeraża się Czerń i Czerwień zaklęte w błyskawicach‭ ‬Świątyni.‭ 

Orneta, 2014 r.

Duszyczka

 

Nigdy nie chciał być lwem. Nie zniósłby gęstej grzywy i tej siły, od której wszystkim miękną kolana. Spośród wszystkich wcieleń upodobał sobie jedno, najmniej atletyczne, można by nawet rzec – całkiem bezsilne.

 – Gdybym miał wybierać – rzekł do siebie, stając przed zaparowanym lustrem – zostałbym owadem, pospolitym insektem. Poważnie rozważyłbym kandydaturę muchy.

 W zaciszu swego domu rozbrzmiałbym jak symfonia - przekonywał się. – I jeszcze ta  M  U  CH  A -  to brzmi dumniej, niż jakiś tam lew, tygrys, czy inne pchlątko niewiniątko…

    Kiedy stał tak przed lustrem zanurzony w marzeniach, wydało mu się, że to, co  do niedawna stanowiło przedmiot wstydliwych wyznań - jak modlitwa - zostaje wysłuchane.

 

    Przemiana duszy, z nieśmiertelnej w duszę owada, nastąpiła bardzo szybko, szybciej niż mógł się tego spodziewać po tak – wydawałoby się – skomplikowanej transformacji, a z ogromnego ciała, które nicowało się teraz w zatrważającym tempie, wyrastały  drobniutkie nóżki, pazurki i przylgi, aby następnie stać się podporą dla najświętszych detali muszego jestestwa.

A wszystko to działo się bez błysku i obłoczku.     

 

     Jego ogromne oczy skurczyły się nagle jak nakłute serce. Musza logika i musze uczucia zdominowały już teraz całkiem muszy umysł.  

     - Lepsze życie i godność – wyszeptał w muszej myśli, a jego musze oczy, które nigdy nie były zwierciadłem duszy, pokryły się nagle jej naskórkiem. Firany na wietrze jak żagle ogromnego statku nadęły się i cały pokój począł się unosić. Skrzydła majtały się niezdarnie. Leciał.

 – Lepsze życie i godność – pewnie ponowił swoje zaklęcie, a jego oczy (planety u kresu) zawirowały nerwowo. Kiedy wreszcie poczuł się bezpiecznie, to znaczy w stanie lekkiej ekstazy, głosem, który usłyszy cały mikrokosmos, a echo jak komety rozświetlą tamtejsze niebo, krzyknął – LEPSZE ŻYCIE I GODNOŚĆ! -Dla nas wszystkich! - Dla mnie!   

 

     Nastała cisza.

 

Komety przeleciały nad niebem i zgasły. Zgasło musze pragnienie. Przysiadł na krawędzi stołu. Musimy wiedzieć, że to jest pełnia, a zarazem kres muszej filozofii – przysiąść na krawędź stołu. Dotrzeć do najbliższego brzegu. Znaleźć pokarm. Wzbić się i dotrzeć do najbliższego brzegu. Dotrzeć nad krawędź stołu. Przysiąść. Krążyć – oto, co muchom się przytrafia. Cały ich sens.

  Ale jemu to się nie podobało. Wolał wzbijać się w powietrze i krzyczeć, krzyczeć o lepsze życie i godność. Nie zniesie marnowania czasu na taką błazenadę. Wzbił się więc w powietrze i krzyknął – LEPSZE ŻYCIE I GODNOŚĆ. Leciał tak przez pół długości pokoju, ale zmęczył się i ponownie przysiadł na krawędź. Oblizał się. – Co się ze mną dzieje? – zapytał sam siebie (lecz kogo zapytał naprawdę, któż wie?) - z racji muszej pamięci, dawno zapomniał o przemianie, a musze zmysły nie pozwalały mu już dostrzec tego, kim jest. Taka jest natura owadów. Dotrzeć do najbliższego brzegu – nic więcej.

   Tym razem postanowił wzlecieć wyżej. Jeszcze głośniej wrzasnąć o lepsze życie i godność. Jeszcze mocniej, jeszcze dalej. Dojść wysoko - tam obwieszczać światu WYZWOLENIE…

 

To jednak mogło być ponad możliwości muszego ciała, które zaczęło rozszczepiać się i w końcu pękło tak, że tylko on sam opadła na krawędź. – Co jest ? - zapytał, jakby zbudzony ze strasznego snu. Nic już nie mógł zrobić. Opuszczony przez ciało, po chwili, która była, jak ocean bez dna, doszła go bolesna lekkość. Zaczął unosić się bezwładnie. Coraz wyżej i wyżej. Nic już nie mógł zrobić. Złapał się jeszcze firany jak dłoni matki, kiedy lekkość porywała go przez okno.

   

Coraz wyżej unosił się na niewidzialnych skrzydłach. Ponad domy, ponad obłoki. Nie  krzyczał i nie szarpał się – jedyne, co mógł zrobić, to myśleć - głęboko myśleć o tym, co się stało… i myślał.

 

Ci, którzy byli świadkami wniebowzięcia muchy, która niegdyś była człowiekiem, z lękiem opowiadali o wydarzeniach tamtego dnia, kiedy na niebie, w asyście anielskiego lamentu, Bóg chwycił w swoje drżące dłonie

 

 

jej martwą duszyczkę…

Orneta, 2000 r.

 

© 2020 by Wojciech Czerniewicz/ALL RIGHT RESERVED